poniedziałek, 28 marca 2011

Bezludna wyspa Kalambuyan.



Człowiek czyta o bezludnych wyspach, trochę tak jakby były tylko związane z Robinsonem i Piętaszkiem, mimo tego w duchu sobie myśli, że ich nie ma, albo, że nigdy nie będzie mu dane doświadczyć odseparowania od cywilizacji. A nieprawda! Są takie wyspy i to na pewno na Filipinach. Dzisiaj po całym dniu pływania i snorkelowania wylądowaliśmy na Kalambuyan. Była godzina 15:17. Ja zbliżaliśmy się do niej na pełnym silniku to widać było, że jest mała, pewnie można by obejść ją w 20 minut idąc brzegiem pokrytym śnieżnobiałym piaskiem. Właścicielem wyspy jest Niemiec, który kupił ją kilka lat temu od starego Filipińczyka. Niezła lokata kapitału, i tak sobie pomyślałem, że jak znudzi nam się europejska rzeczywistość to byłaby to dobra alternatywa.


Wyspą zarządza Kresanto Lobero, pan koło sześćdziesiątki, z całą rodziną, czyli żoną, dwoma synami z ich żonami oraz czwórką wnucząt. Dzieci nie tylko bawią się, ale także pracują cały czas oczyszczając plażę ze zbędnych liści.Wyspę w ciągu dnia odwiedza kilka łodzi, które płacą na postój lub biwakowanie. Długość plaży to pewnie ok.150 metrów. Jest tutaj kilka niezbędnych rzeczy, czyli toaleta (czysta), mały sklepik, który jednocześnie spełnia role tzw. ”guest house”, gdzie można się przespać. Jest także stara łódź, pod którą Rodell Moten i Edwin Dumas (o których zaraz) rozłożyli nam malusieńki namiot.
George, zwanym caretakerem (opiekunem), pracuje w godzinach 7:00 do 18:00. W tym czasie, cała rodzina, dzieci także, zamiatają wielokrotnie plaże z liści, które spadają z licznych drzew kokosowych i krzaków przypominających znane nam z lat osiemdziesiątych krotony. Najpierw wydawało nam się, że jest to zadanie bez sensu. Przecież ma być to wszystko naturalne, ale zaraz doszliśmy do wniosku, że jak turyści tutaj przyjeżdżają nawet na 30-45 minut w drodze na inną wyspę, to mają ochotę utwierdzić się w przekonaniu, że są w raju. Błekitno-turkusowe morze, soczysta zieleń, czysty złoty piasek. Po to właśnie Kresanto Lobero wraz z całą rodziną sprzątają niewielki teren. Cumowanie kosztuje 200 peso od jednostki. Po osiemnastej dwoma łodziami cała rodzina odpływa na inną wyspę, gdzie mają swój prawdziwy dom.



Naszą czwórkę poproszono o opiekę nad wyspą i sklepikiem, w którym oprócz chipsów, kawy, soft drinków można także kupić alkohol. 1l lokalnego rumu za 100 peso (7pln), lub wódkę za 130 peso! Oprócz nas w tym czasie nie było nikogo innego na wyspie, tak więc zadanie wydawało się dość proste. Rodell i Edwin przygotowali dla nas wszystko, nie tylko wspaniałą kolację, czyli rybę, sałatkę, grillowane bakłażany z pomidorami, ale także fantastyczną papaję, która nie cieszy się u nas najlepszą opinią ( w Europie jest po prostu za mdła). Jeszcze długie 2 godziny rozmów i o 19:00 już spaliśmy.



Idealna cisza, szum morza, my na lądzie, oni na łodzi. I pies, który także się nami opiekował. Pilnowaliśmy wyspy, tylko jeszcze przed samym snem wpadliśmy w lekką panikę, bo myśleliśmy, że odwiedzili nas piraci. A to tylko koledzy z innej łódki, którym zabrakło trochę rumu dla gości. Rodell i Edwin, bez pozwolenia od opiekuna wyspy nie mogli jednak „otworzyć” sklepu. Okazali się bardzo lojalni i odpowiedzialni. My natomiast mogliśmy In pożyczyć tylko kilka skromnych butelek piwa San Miguel Pale Pilsen Syle, czym jednak nie byli zainteresowani.
Cofnijmy się o 10 godzin wcześnie. Zanim dopłynęliśmy na Kalambuyan przeżyliśmy absolutnie cudowne i niesamowite chwile. Rano zebraliśmy się dość szybko. Opuszczamy Sangat z lekko mieszanymi uczuciami. Z jednej strony bardzo owocne snorkelowanie (zapamiętam do końca życia samotne wyprawy w morze w poszukiwaniu jeszcze piękniejszych koralowców) i pyszne jedzenie, nawet fajna kwaterka, ale nie było tam dobrej atmosfery dla takich turystów jak my. Wszyscy, łącznie z obsługą lekko zblazowani i niechętni do rozmów. Każdy kto dopiero co przyjeżdżał na miejsce był „nowym”. Wszyscy spieszyli się na posiłki, tak jakby w „all inclusive” zabrakło jedzenia.



Przypłynęła nasza łódź z Tao Philippiness. Od razu zwróciliśmy uwagę na uśmiechniętego kapitana i marynarza/kucharza, a także na to jak łajba jest fantastycznie przygotowana. 12 metrowa jednostka wyposażona jest nie tylko w to co powinna, czyli 2 leżanki z oparciami, 2 ławki, własną mini kuchnię, ale także toaletę! Rodell i Edwin powitali nas serdecznie na pokładzie. Uzgodniliśmy co chcemy robić i w ciągu następnych 15 minut zabrali nas na pierwsze snorkelowanie. Myśleliśmy sobie, że żartują, i że trzeba płynąć nie wiadomo ile mil, żeby zobaczyć coś zupełnie innego. A tu nie ma zmiłuj się, kolejny Dzień Sportu. Dopłynęliśmy do wraku łodzi japońskiej z II Wojny Światowej. Mocno wryty w dno, cały pokryty muszlami, koralami i innymi żyjącymi i martwymi już pewnie stworzeniami. Wrażenie niesamowite, bo Rodell zabrał kilka słodkich bułeczek i zaczęliśmy karmić ryby. Żółte, niebieskie, czarne dosłownie rzucały się na nas i mieliśmy wrażenie, że mogliśmy je złapać. Prawie nas skubały! Co było dla nas miłe, że kapitan i marynarz obaj zeszli z nam. Nie tylko, pewnie, żeby było nam raźniej, ale przede wszystkim dlatego, żeby pokazać gdzie płynąć i co oglądać. Przepraszam, ale nie umiem opisać tego wszystkiego co widzieliśmy. Brakuje mi przymiotników, żeby wyrazić zachwyt nad podwodnym światem, który przy okazji tej podróży zaczęliśmy WSPÓLNIE odkrywać. Strasznie żałuję, że nie mamy aparatu cyfrowego lub kamery do robienie zdjęć podwodnych. To było troszkę jakby to co oglądamy na National Georgraphic w HD podziwiać na żywo! Bez zbędnego abonamentu. Kolejne 4 zejścia pod wodę, to wycieczka tak jakby po lasach uformowanych z samych koralowców. Wyobraźcie sobie niektóre niebieskie, wpadające w turkus, zakończone jakby lampkami bożonarodzeniowymi. Mieniły się, jakby żarzyły, a glony wokół nich tworzyły monstrualne cienie, które poddające się prądom. Inne były jak ogromne grzyby, tylko z odwróconymi kapeluszami. Dla mnie miały wielkość kilku metrów. Były też bardzo strome ściany z ukwiałów i korali. Pewnie miały 6-8 metrów. To wyglądało jak takie pionowe ogrody budowane w metropoliach na ścianach nowoczesnych budynków. Koralowce miały barwy od zielonego, żółtego, musztardowego, lekko czerwonego, aż po głęboki granat. Wokół nas mniejsze i większe ryby. Była też oczywiście rybka Nemo. Mnie najbardziej urzekły żółte z czarnymi pasami, a także pomarańczowe w kształcie rombu z czerwonymi podbrzuszami, do tego z płetwami bocznymi wpadającymi w zieleń. Pływaliśmy razem wszyscy i co było w tym piękne, że także Edwin i Rodell, którzy nurkują tutaj na co dzień mieli niesamowitą radość z tego, że pomogli nam okrywać nowe miejsca. Zabierali nas w kilka głębin po to tylko, żeby wyśledzić żółwie, albo, żebyśmy zobaczyli inne koralowce. Cudownie przyjemne uczucie! Za każdym razem jak wynurzaliśmy się żeby oczyścić maskę lub fajkę przekrzykiwaliśmy się, aby upewnić się, ze każdy widział to co inny.
Dbali o nas cały czas! Lunch, owoce, picie, woda do mycia, a nawet prysznic! Chyba jednak nas lekko zamurowało, jak Rodell zapytał się czy mamy jakiś sprzęt grający (od razu przypomniał mi się chłopiec z Doonslu), bałem się odpowiedzieć. Przemogłem się. Podłączył do zestawu Pioneera i pływaliśmy w tak muzyki Soul II Sould (Back to life acapella), Frankie Goes to Hollywood ( Welcome to the pleasure dome), Everything but the girl (Missing). Póżniej, może lekko nie w temacie Fran Sinatra Come and Ely with me! Przyroda, my z głowami w wodzie poszukujący ryb… a tu muzyka w tle! Bosko! Niezwykle przyjemne wspomnienie dnia.

piątek, 25 marca 2011

Dzień sportu.


Jesteśmy na wyspie Sangat mocno odcięci od świata. Ale to dobrze. Człowiek nabiera pewnego dystansu do spraw codziennych i oczywistych.żnych osób Ojej napisałem słowo dystans, które ma przecież kilka znaczeń. Jak sobie przypomnę słowo dystans wymawiane przeze mnie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych to nie konotuje mi się zbyt dobrze. Dystans była dla mnie słowem okrutnym. Kojarzy mi się z innym słowem, także ładnie brzmiącym, mordęga. A stamtąd już dość blisko do słowa „ wułef”. Kto nie pamięta wuełefów! Nie była to moja ulubiona lekcja, żeby nie powiedzieć czegoś bardziej dosadnego. Nie będę wspominał wszystkich swoich nauczycieli (jeden była nawet reprezentantem Polski w piłce nożnej!), inny trenerem mistrzów europy w pływaniu, pan od przysposobienia obronnego. Były też panie wuefistki pastwiące się nad niezbyt zdolnym uczniem. Generalnie nic nie miałem do tych nauczycieli, nawet ich nie znałem, bo przeważnie z powodu jakiejś tajemniczej choroby dość rzadko ćwiczyłem grupowo. W dniach sportu nie uczestniczyłem, wolałem przygotowywać akademie, ewentualnie wystąpienia przed generałami zakonów. Jak tylko pojawiały się Dni Sportu w szkole, to nie wiedzieć dlaczego, coś mi wypadło, coś mnie zabolało, gdzieś akurat musiałem z rodzicami jechać. No oczywiście żałowałem, że nie mogłem uczestniczyć i w konsekwencji swoich wyczynów, odbierać medali złotych, które zapewne bym zdobył dużo.


Dzisiaj postanowiłem odrobić prawie półwieczne zaległości. Ogłosiłem Dzień Sportu na Sangat. Zaoszczędziłem na marketingu, skoncentrowałem się na marketingu wewnętrznym, czyli z samym sobą. Wystawiłem silną drużynę dwuosobową, mianowałem się kapitanem.
Pobudka nastąpiła o 07.01. zarządziłem odmianę jogi zwaną przeciąganiem kota, dzięki czemu drużyna nasza była niezwykle od samego rana giętka, a może nawet gibka. Drugą dyscypliną dzisiaj przez nas uprawianą był prosty jogging do centrum nurkowania. Wykorzystaliśmy sprytnie naszą znajomość z niemieckim nurkiem, od którego wzięliśmy płetwy dla profesjonalnych nurków (a co, jest w nas potencjał), a także kamizelki ratunkowe dla ski jetowców. Podobno dostaliśmy najlepsze na Filipinach. Pan chyba popatrzył na mnie i stwierdził, że w Dniu Sportu, trzeba jakoś wyglądać a przy tym ograniczyć ryzyko urazów. Kolejną dyscypliną było przebieranie się na czas w przejęty sprzęt specjalistyczny renomowanych firm światowych. Ci Filipińczycy to jacyś tacy niewymiarowi. Jak założyłem kamizelkę to mi tchu zabrakło i nie mogłem się rozpiąć. Dobrze, że Magda była w pobliżu i mogła i udzielić wstępnej pomocy medycznej. Następnie trenowaliśmy przysiady. Trzeba było przysiąść na plaży i założyć płetwy, a później wstać z tymi cholernymi profesjonalnymi płetwami. Całe szczęście, że jako wytrawny sportowiec wiedziałem, że w płetwach najlepiej chodzi się tyłem. I to w dodatku szybko. Tyłem chodziłem, czyli chód trenowaliśmy dzisiaj też. Dostaliśmy się do wody. Tutaj mieliśmy szansę potrenować kilka sportów. Oczywiście snorkeling, który niestety nie jest dyscypliną olimpijska, a czuję, że miałbym szanse! Magda bała się o moje przetrenowanie, bo miałem dzisiaj 5 wejść (dla porządku podam, że tyle samo wyjść), a ona tylko 3. Ale jak człowiek urządza sobie Dzień Sportu, to do sprawy podchodzi bardzo poważnie. Lubię przecież rywalizację. Innym sportem było także pływanie synchroniczne, które nam całkiem nieźle wychodziło. A to przecież dyscyplina olimpijska! Gdybym tylko nie zgubił małej szlufki przy mojej masce, mógłbym kontynuować ten sport przez kolejne godziny. A tak, przerzuciłem się na pływanie głębinowe. O, to było warto! Ryby pływały wokół nas, a może nawet my wokół ryb. Koralowce się pięknie mieniły. Ukwiały były tu i tam. Kolory: niebieski, zielony, żółty, granatowy. Fantastycznie, bajecznie, cudownie, nierealnie. Właściwie trenowaliśmy także nurkowanie na bezdechu, ale potraktowałbym to na razie mniej poważnie, bo i osiągnięcia nie są znaczące.


Jak już z wody wyszedłem po tych wszystkich sportach Magda wpadła na pomysł, że trzeba by się przygotować do nowego sezony kajakowego. W zeszłym roku z Kasią, Bożenką i Grzegorzem przepłynęliśmy 28km, okupując to niezłymi zakwasami. W tym roku, jak my w marcu już trenujemy to chyba pójdziemy na lepszy wynik! Kajak spuszczony na wodę tutejszej zatoki. Obsługa ośrodka poinformowała nas gdzie mamy płynąć. I dawaj! Trenujemy w Dzień Sportu kolejny sport. I raz i da, i raz i dwa, i raz i dwa. Szło sprawnie. Wystąpiłem w podwójnej roli kapitana i sternika (to była chyba dwójka ze sternikiem, co nie?), i byłem niezwykle dumny. I tak przez dobrych kilkadziesiąt minut do momentu dotarcia do cyplu Robinsona Cruzoe na końcu naszej spokojne zatoki. Tam, szczerze mówiąc, poczuliśmy się jak na przylądku Horn, albo przynajmniej na Hope (byliśmy, to wiemy) i lekko się przeraziliśmy falami. Nie chcieliśmy zginąć w otchłani rozbijając się o skały. Tym bardziej, że nie był to koniec Dnia Sportu. Dla sportu zamiast wracać bezpośrednio do bazy, wykonaliśmy trasę tą samą jeszcze 2 razy, dla podtrzymania naszej wysokiej kondycji. No przyznamy się, także wykorzystując sprzyjające nam prądy morskie, ale to takie oj, tam oj, tam.
Ja jeszcze sobie dwa razy snorkelowałem, pobijając niezliczone własne, wcześniej nie ustanowione rekordy życiowe w: utrzymaniu się na wodzie, niezachłystnięciu się, niezdejmowaniu maski, niewyjmowaniu rurki, niewynurzaniu się. Także w pakowaniu i rozpakowywaniu plecaków. Ostatnim rekordem pobitym dzisiaj był rekord pisania tego tekstu 22 minuty!
Zakończyłem Dzień Sportu pełnym sukcesem organizacyjno-wytrzymałościowym. Tyle dyscyplin w jeden dzień! Aż mi się nie chce wierzyć! Doświadczenie w logistyce przydaje się. Ja zakończyłem w wyśmienitej formie i z niesamowitymi wynikami, ale żonce mojej coś tam dzisiaj strzyknęło i ledwo się rusza. 2 tableteczki nie pomogły. Siedzę cichutko na łóżku w naszej chatce, a obok mikromasażystka masuję obolałe plecy młodej, pięknej kobiety. Dobrze, że ja się nie przetrenowałem w czasie Dnia Sportu, bo mnie trudniej byłoby przywrócić do dobrej formy, a tak czuję się jak młody bóg!
Jutro zaczynamy safari po bezludnych (chyba częściowo) wyspach, łowienie ryb, spanie pod gołym niebem. Następna relacja w poniedziałek. Czy ktoś nas w ogóle czyta?

Pokaż zęby.

Samolot z Manili do Busuanga był nieco opóźniony. 3 godziny przesiadki w drodze z Legaspi mocno nas zmęczyło. Nie żebyśmy się męczyli podróżą, bardziej tym co się dzieje na lotnisku. Ruch spory ( powraca multiplikacja z dziesiątkami stanowisk odpraw). Do tego odkryliśmy, że na lotnisku są sklepy i co gorsza pewnie ze 20 różnych restauracji. Była dopiero 08:15 rano, a już wszyscy, co w Azji jest absolutnie normalne, zajadają się ryżem, makaronami, pizzami, sushi, dim sum i co tam jeszcze kucharze są o tej godzinie mogą zaserwować. Zapachy smażonego tłuszczu, lekko dławiące. Jakoś nie byliśmy w stanie się zmusić aby od rana jeść też żeberka, chociaż wyglądały całkiem przyjemnie. Marzyła nam się zwyczajna kanapka i herbata z cytryną. O ile to drugie nie było trudne do załatwienia, kanapka była nie do zdobycia. Wyszliśmy z lotniska, bo podobno w pobliżu jest ulubiony shopping mall mieszkańców Manili. Jest nawet bezpłatny autobus, o czym poinformowali nas życzliwi Filipińczycy, 15 minut i moglibyśmy być w „raju”. Niestety spotkało nas spore rozczarowanie. Autobus jest, ale tylko dla członków funclubu tego przybytku. Pani, która miała niewielkie stanowisko na przystanku autobusowym dla tychże autobusów, zaproponowała nam 2 letnie członkostwo, a także 20% rabatu na każde zjedzone śniadanie w centrum. Dodatkowo dorzuciła bon na ileś tam peso i prawie dobiła z nami targu. Jakiś jednak racjonalizm w nas wstąpił i stwierdziliśmy, że byłoby to jakąś porażką zapisywanie się do klubu wielbicieli centrum handlowego. Pani jednak nie przestawała w przekonywaniu nas i tłumaczeniu, że tam są także kasyna gier i można wygrać dużo pieniędzy. O, to by się przydało? Tylko jaka byłaby szansa wygranej. Wróciliśmy na lotnisko. Tutaj jednak kompletnie polegliśmy. Nie było co zjeść. O godzinie 08:42 zarządziliśmy. Idziemy do lokalnej pizzeri. Podobno pizza taka sama jak w Nowym Jorku. Jakoś nie próbowaliśmy tam, to może trzeba tutaj. Człowiek od razu czuje się światowy. Pizza z pepperoni wybrana, dzięki pomocy kilku tłumaczy, bo chyba znów mamy problemy językowe i nasz dialekt nie jest w żaden sposób zbliżony do dialektu manilskiego. Dotrwaliśmy do boardingu, przed którym nawiązałem bliższy kontakt z 2 stewardesami, podpytując od dwie sprawy. Pierwsza dotyczyła instrukcji bezpieczeństwa pokazywanych w rytmie Lady Gaga, druga konkursów na pokładzie. Mieliśmy miejsca 2A i 2B, tak więc potencjalnie mieliśmy ogromne szanse na wygrane. Dzisiaj był dzień tabletek Centrum. To już wiedzieliśmy bo o to wszyscy walczyli na porannym locie z Legaspi. Stewardesy powiedziały, że taniec w rytmie Lady Gada to był chwyt marketingowy. Gratulujemy! Jeśli chodzi o konkursy były bardzo poważne i powiedziały, że trzeba uważnie słuchać odpowiedzi. Jedno poranne pytanie powaliło mnie tak, że obawialiśmy się, że pilot będzie musiał międzylądować po drodze, bo dostałem ataku śmiechu. Nagle padło zadanie do wykonania: please show your complete SET od teeth! W wolnym tłumaczeniu prosiła o pokazanie całego posiadanego zestawu zębów. Prawie 200 osób szczerzyło się przez dobre 2 minuty, żeby dostać pudełko tabletem Centrum. W tym byliśmy i my. Lekko surrealistyczna sytuacja. Na drugim locie pytania były bardziej inteligentne(?). W jednym z nich poproszono o zaprezentowanie całego zestawu do snorkelingu, w drugim zestawu do make-up-u. Ciekawe, że teraz nie przeszkadzało nikomu wyważenie samolotu ATR, jak przy locie z Cebu do Legaspi! Kilkanaście osób, w samolocie na 72, latało po pokładzie i pokazywało maski, rurki, płetwy i dodatkowo sprzęt do make-upu. Czekają nas jeszcze tylko 2 loty z Cebu Pacific. Czy coś wygramy? W Busuanga, godzinę lotu na południe od Manili, od strony Chin czekał na nas bus. Mieliśmy nadzieję, że tylko na nas, ale dokooptowano do nas jeszcze kilka osób, żeby nie powiedzieć pół samolotu. Nieco się przeraziliśmy bo podobno miejsce do którego mieliśmy jechać nie jest zbyt popularne. A wśród pasażerów była grupa Chińczyków wyglądająca jak klony Blues Brothers, dwie panie po 140 cm wzrostu i para pięknych Holendrów. Wszyscy jednak wysiedli po drodze a my dojechaliśmy do Coron. Tutaj na przystani miał czekać na nas wodolot (coś mi się w tym nie zgadzało), jak wynikało z oferty hoteliku. Była natomiast mała łódka motorowa. I wystarczy. Zanim na nią wsiedliśmy wpadaliśmy do kolegów z Tao Philippines, którzy za 2 dni zabiorą nas na safari po tutejszych wyspach. W kilku mailach, które od nich dostaliśmy głównie koncentrowali się na przypomnieniu, że w czasie safari nie można kupić nigdzie alkoholu i trzeba koniecznie w niego się zaopatrzyć. Weszliśmy do biura gdzie przywitały nas małe 2 dziewczynki prosząc, żeby poczekać na mamę. Mama Rose, po 40-tce w pierwszych słowach po powitaniu poprosiła nas, żebyśmy poszli do sklepu obok i kupili sobie alkohol na podróż, bo o sof drinki, owoce, warzywa etc to oni już zadbają. Pod presją poszliśmy i kupiliśmy 10 piw. Jak zostawialiśmy w biurze to powiedziała, że to mało. Jezus Maria, może to jest safari dla przyszłych anonimowych alkoholików? Po 45 minutach jazdy motorówką dotarliśmy na wyspę Sangat. Tu rzeczywiście można czuć wakacje! Ciepło (+32C, podczas gdy w Polsce +2C), odludna, ale nie bezludna wyspa, którą pewnie można obejść w pół dnia. Wokoło morze i tylko gdzieś daleko inne wyspy. Jesteśmy oddaleni od cywilizacji, ale Internet bezprzewodowy jest. Dzięki czemu mogę nadawać. Na wyspie jest kilka domków (może 12), zbudowanych z bambusa, na palach. Każdy z nich wyposażony w węzeł sanitarny (jak się ma), sporą sypialnię, niewielki ganek i coś co jest niezbędne w takim klimacie do kontemplacji, czyli hamak. Prosto, skromnie, funkcjonalnie. Mamy także wspólną „restaurację”, bar i bilard. Najważniejsze jest jednak centrum nurkowania….i snorkelowania (dla części gości, czyli dla nas!).

Przywitała nas Alice. Jak tylko wspomnieliśmy, że jesteśmy lekko głodni (aż nas skręcało!) bo śniadanie jedliśmy o 05:45 (nie wspominając o pizzie peperoni o 08:15) to zaraz dostaliśmy coś co zostało z lunchu. Wspaniała sałata z różnymi warzywami wzbogacona o soczyste mango. Kurczak na styl balijski. Warzywa w przyprawach orientalnych były cudownie opruszone pieprzem. Na koniec podano nam sashimi z jakiejś lokalnej ryby! Uwierzcie, nie dało się tego nie zjeść. Uszy nam się trzęsły. Jak podszedł do nas „kierownik centrum nurkowania” i zobaczył jak pałaszujemy sashimi, to powiedział, że przyjdzie za kilka minut i nam coś zaproponuje. Już sam nie wiem, czy dotarliśmy do celu podróży, czy to jeszcze przed nami? Jeszcze tylko dwa zejścia na dłuższe snorkelowanie w ciepłej, ale mogłaby być cieplejsza wodzie. A wieczorem masaż. Pisałem już kilka razy o tym, więc to nic nowego. Z pewną różnicą. Panie chciały nam się wprosić do naszej chatynki, a my stanowczo odmówiliśmy (lekki bajzel z plecakami). Poprosiliśmy o masaż na plaży. Było już bardzo ciemno, panie przyszły z ochroną. One nas masowały, a ochroniarz obserwował. A ja sobie chrapałem:)

czwartek, 24 marca 2011

BIO: go, go, go, noooow!

Strasznie mi przykro ale ten tekst nie zostanie okraszony zdjęciami Magdy. Wszystko wyjaśnię poniżej. Dziś wielki dzień. Jedna z głównych, długo planowanych atrakcji. Coś występuje w niewielu miejscach na świecie. Jesteśmy od wczoraj w Donsol, jednym z bardziej znanych z bezkrwawych łowów na rekiny wielorybie (whale sharks).

Wesoła ekipa klubu nurków zabrał nas na 10 minutowy film instruktarzowy dot. dzisiejszego dnia. Dowiedzieliśmy się jak mamy się zachowywać cały dzień. Co nam wolno, a czego nam nie wolno. Zakazy były liczne, ale tylko niektóre udało mi się zapamiętać. Między innymi nie wolno nam się zbliżać do rekinów na odległość 3 metrów, a przypadku spotkania z ogonem musimy przyjemność ograniczyć do 4 metrów. Nie wolno nam pływać z nimi dłużej niż 10 minut i to w dodatku musimy być wszyscy z jednej łódki. Nie wolno nam robić zdjęć fleszem, ani też ich straszyć. Możemy pływać tylko wzdłuż nich nigdy w poprzek. Nie wolno nam także ich dotykać, to jak rozumiem, gdybyśmy przypadkiem się na nie natknęli.
Załadowano nas na łódkę. Tylko 30 takich może pojawić się jednego dnia w rezerwacie. Część turystów przyjechało do Donsol bez wcześniejszych rezerwacji i nie udało im się załapać na żadną z nich, a nam zakazano „dobierać” sobie inne towarzystwo. I tak nas było sporo. Nasza dwójka plus pięć osób załogi, w tym 3 tzw. spotterów, czyli wyglądaczy, który siedzieli na zmianę na dwóch bocianich gniazdach i wytrzeszczali oczy. A mieli zadanie nie lada trudne. Rekiny mimo tego, że bywają ogromne, bo nawet 18 metrowe, w taką pogodę jak dzisiaj były trudne do znalezienia. Tak wyczytaliśmy w Internecie, ale mieliśmy nadzieję, że będzie nieco inaczej. Ostatnim członkiem załogi był BIO. ON jest tutaj najważniejszy, bo ma największe doświadczenie w wyszukiwaniu Butanding. To po filipińsku rekin wielorybi. BIO to po prostu skrót od Butanding Interaction Officer, zazwyczaj osoba dobrze po trzydziestce, wcześniej rybak. Dopiero od kilkunastu lat w Donsol można oglądać rekiny, a to dlatego, że postanowiono stworzyć alternatywną pracę dla rybaków. Wcześniej zdarzało się zbyt często, że albo sieci były niszczone przez rekiny, albo one same ginęły w nich.
Wsiedliśmy na łódź i rozpoczęliśmy ponad 5 godzinne poszukiwanie rekinów. Przez pierwszą godzinę, podobnie jak pozostałe kilkadziesiąt łodzi wypuściliśmy się na kilka dobrych mil w głąb morza i krążyliśmy wokół sporego cypla. Pewnie tam codziennie można napotkać rekiny. Kilkadziesiąt osób było skoncentrowanych i wpatrzonych w wodę. Jak tylko któraś z łodzi dała sygnał, że rekiny mogą gdzieś być w pobliżu pozostałe natychmiast, zaciągały silniki i z rykiem sunęły w „podejrzanym” kierunku. Już na morzu przeszliśmy krótkie szkolenie dot. reakcji na rekiny. Nasz BIO przeprowadził z nami próby szybkiego zakładania masek, rurek i płetw. Na komendę, oczywiście. Komenda brzmiała dość prosto: go, go, go, nooooow! 2 próby i byliśmy przygotowani na czekające nas wyzwanie.
Wcześniej pisałem o zasadach związanych z polowaniem na widok rekina. Oj tam, oj tam. Zasady zasadami, a życie życiem. Tego dnia, była słaba pogoda i szanse mieliśmy niestety minimalne. Rekiny lubią najbardziej słoneczne gorące dni i wtedy podchodzą pod samą taflę wody niemal wynurzając się tym samym ułatwiając wszystkim, czyli BIO, wyszukiwaczom i przede wszystkim turystom oglądanie. Dzisiaj było inaczej. Pogoda pochmurna po kolejne godzinie zaczęło padać, tak więc jak tylko pojawiła się choćby mała szansa wszyscy turyści w grupkach mniejszych i większych szybko wskakiwali do wody. Padła długo oczekiwana komenda go,go,go noooow! Wskoczyliśmy do wody zaaferowani. BIO trzymał Magdę za rękę, Magda trzymała mnie za rękę i wpadliśmy w lekki wir. Coś chyba przepłynęło. Ale nie, to tylko takie wrażenie. Siedzieliśmy kolejne kilka minut w wodzie wypatrując czy może rekin do nas podpłynie. Wróciliśmy na pokład. BIO był mocno zmartwiony i zestresowany. Widać było, że ma spore doświadczenie, więc cały czas wydawał komendy kapitanowi i wyszukiwaczom. Kolejny raz na komendę wskoczyliśmy do wody. Tym razem BIO trzymał mnie, ja Magdę. Było spojonej. Pod nami przepłyną rekin. Było widać tylko ogon. Emocje niesamowite. Cała nasza trójka wynurzyła się na powierzchnię mocno podekscytowana. Upewniliśmy się, że coś widzieliśmy! Mamy go, pomyślałem.
Znów krążymy. Mijają kolejne minuty. Nic. Lekkie rozczarowanie, chociaż jesteśmy ponad 3 godziny na morzu, i jest fantastycznie. Ostatecznie przyjechaliśmy oglądać naturę, a nie zwierzęta w zoo. Ryzyko było, że „ogon” będzie naszą jedyną zdobyczą. Tym czasem padła komenda go, go, go, nooow! W mgnieniu oka wyskoczyliśmy do wody. Jesteśmy zanurzeni i już prawie wypływając na powierzchnię zobaczyliśmy. Był. Rekin wielorybi. 4 metry, może więcej. Cała nasza trójka przepłynęła wzdłuż niego. Wyglądał pięknie. Szeroka, ogromna, lekko otwarta, pożerająca planktony paszcza, jak u potwora. Delikatny brąz, ogromne centki. Duży, majestatyczny z cudownie fikuśnie wyglądającym ogonem. Przepłynął tuż pod nami. BIO ocenił, że 2 metry lub nawet mniej. Byłem w tym zanurzeniu ostatnim mam wrażenie, że nawet musnąłem jego ogona. Emocje, adrenalina, satysfakcja. My uśmiechnięci, BIO szczęśliwy. Zastanawialiśmy się później z Magdą, jak to się dzieje, że BIO codziennie pływając miał taką radość w oczach. Poczuliśmy, że byliśmy blisko natury i dostąpiliśmy niezwykłego zaszczytu. To tylko kilka sekund, które zapamiętamy na lata.
Pływaliśmy jeszcze 2 godziny, mimo tego, że zasada mówi, że nie wolno dłużej niż 3 godziny przebywać na terenie rezerwatu. Wszyscy BIO złamali zasady, bo chyba nie każda z łódek miała choćby szansę zobaczyć to co my. W słoneczny dzień można wytropić nawet 10 takich rekinów, ale gdy pada deszcze częściej schodzą w dół i trudno jest je zwabić. BIO nadal szukał, a my z nim. Tym czasem coś zawyło, lekko wybuchło, poszedł dym i nadaliśmy sygnał S.O.S. Piszę o tym zupełnie spokojnie, bo wiedzieliśmy, że nic nam się nie stanie. To tylko silnik odmówił posłuszeństwa, więc inna jednostka nas schorowała. Okazało się przy tym, że jeden z naszych wypatrywaczy uczy się na marynarza, ale brak mu jest nawet podstaw wiązania węzłów, przez co został wyśmiany publicznie przez ratującą nas załogę i kapitana naszej łajby. Kapitan natomiast musiał wysłuchać kilku cierpkich uwag od BIO i, co gorsza, od swoich kolegów. Był tak wkurzony, że jak dobiliśmy do brzegu żeby zmienić łódź, to nawet nie odpowiedział na naszego pożegnanie. Kolejne próby znalezienia rekinów nie powiodły się. BIO zaoferował nawet, że nas jutro poprowadzi za darmo. Nie było jednak szansy, przemieściliśmy się po południu powrotem do Legaspi.
Tutaj i zaskoczenie i przygnębienie. Zaskoczenie, bo wylądowaliśmy w jakiejś kompletnie oderwanej od rzeczywistości oazie. Hotelu, który pasował jak „kwiatek do kożucha”. Przygnębienie, bo uzmysłowiliśmy sobie, że na razie na Filipinach nie udało nam się zobaczyć jednego ładnego miasta. W przeciwieństwie do innych krajów w Azji nie zauważyliśmy w nich niczego interesującego. Większość wygląda podobnie. Mimo tego, że są portowe, życie skoncentrowane jest tylko na 1-2 centrach handlowych, a to co jest w samym mieście jest dość ponure i brudne. Nie ma tutaj zabytków kultury na miarę Tajlandii czy Kambodże, a jeśli są, to są mocno zniszczone. Natura, natomiast, pozostaje nietknięta. I wspaniale! Niech tak będzie.
A zdjęć nie byliśmy w stanie robić, bo byliśmy skoncentrowani na poszukiwaniach rekinów. Szkoda nam było czasu na dokumentowanie czegoś, co było tak ulotne.

środa, 23 marca 2011

Deseru nie ma, ale może chcecie jointa?


Jurto czeka nas pływanie z rekinami wielorybimi. Spokojnie, podobno są bezpieczne. Znów się przemieściliśmy. Tym razem z Cebu do Legazpi, i dalej do Donsol. Popatrzcie na mapkę przy pierwszym postcie. Dojechaliśmy na lotnisko dużo przed czasem, byliśmy pierwsi do odprawy. Postanowiliśmy napić się dobrej kawy. Magda piła, a ja nas odprawiałem. Wykryto u nas nadbagaż, którego wcześniej nie mieliśmy, a niczego oprócz kremów do opalania nie dokupiliśmy. Nie dało się niczego wynegocjować. Coś innego mnie jednak zaskoczyło. Pan bez zbędnych ceregieli zapytał mnie ile ważę. Jakoś nie dosłyszałem pytania, więc pochylił się nade mną i powtórzył jeszcze raz, tym razem wykrzykując pytanie na całą sale odlotów: ile pan waży, powiedziałem! Ściszonym głosem lekko nieśmiało odpowiedziałem. Chyba nie uwierzył. Rozkazał mi wejść na wagę towarową. Uf, zgadzało się. Bałem się, że wezwie security i mnie usuną z lotniska. Podałem również przybliżoną wagę Magdy. Pan powiedział, że taka informacja go nie interesuje, bo jest niesprawdzona, a pani Magda ma sama przyjść i się zważyć. Zagarną jej paszport i boarding kazał mi odejść od stanowiska po czym odprawił kolejnego klienta z uśmiechem prosząc o przejście przez taką samą procedurę. Trafił na niemieckie mocno wyzwolone kobiety w związku, które lekko się oburzyły, a jedna z nich z trudem musiała ukryć swoje umiejętności bokserskie.



Na lotnisku był niesamowity żar. Ci którzy pracowali na płycie lotniska zabezpieczali się w różny sposób. Niektórzy panowie mieli zwykłe czapeczki, ale większość miała na głowie ręczniki. Jeden miał haute couture ręcznik fikuśnie zapięty klamerką. Wózkarze, jeździli w kominiarkach. A tutaj pewnie +35C! W czasie lotu znów nie było instruktarzu w takt piosenek Lady Gaga. Za dwa dni czeka nas następny lot, może coś uda nam się zobaczyć. Był natomiast konkurs, w którym chcieliśmy startować. Zadania i pytania dzisiaj dotyczyły: posiadania kosmetyczki i pokazania jej stewardesie, pokazania zdjęcia rodzinnego, a także przeliterowania nazwy Cebu Pacific. Siedzieliśmy w ostatnim rzędzie, więc nie mieliśmy szansy na wygraną.
W Legazpi przywitał nas deszcz. Klapa pomyślałem, ale zaraz pojawiło się słońce, potem zaraz tęcza, jest szansa na dobry dzień. Na płycie lotniska pojawił się przedstawiciel zupełnie nieznanego mi fachu. Podawacz parasoli słonecznych (lub od deszczu). Każdy z pasażerów ATR przed zejściem na płytę lotniska otrzymał parasol w kolorze pomarańczowym właśnie od tego fachowca.



Po godzinie dojechaliśmy do Donsol. Dzień bez transferu, transportu, przemieszczania się jest dniem straconym. Ale jak jest tutaj tyle wysp, mieszka ponad 90 milionów ludzi i jest kilka dobrych tysięcy kilometrów między najbardziej wysuniętą na północ i południe wyspą to trzeba jeździć, chyba, że chce się gdzieś zagnieździć w hotelu all inclusive – brrrrrrrrrr. Na miejscu miła niespodzianka. Pracownicy naszego kolejnego biura podróży, mieszczącego się w pomieszczeniu 3x3 metry powitali nas uśmiechem i okrzykiem mister Jazek and Magda. Nocleg zaplanowano w małym koreańskim hotelu, który okazał się miłą oazą i wyróżniał się na tle innych między innymi czystością, następnego dnia nisko pokłoniliśmy się kucharzowi. Kilkanaście niewielkich chatek (domki minimalistyczne wymalowane wewnątrz tylko na biało) wokół basenu tworzyło niezwykle spokojną oazę. Tylko jakiś zwariowany kot miałczał cały czas. Ale to marzec, może musiał (ciekawe jak tam nasz Franek).


Wpadliśmy do pierwszej lepszej knajpki nad morzem, gdzie chyba już dawno nie było żadnego głodnego. A tam pełen raj! Owoce morza przyrządzone i podane w prosty sposób. Bardzo lokalnie, co pewnie podobałoby się pani Gessler. Nasze kubki smakowe (i my) niezwykle zadowolone.
Na wieczór mieliśmy zaplanowane świetliki tzw. fireflies. Nie byliśmy pewni czy to dobry wybór, ale jak się szybko okazało było przednie. Już po zachodzie słońca dojechaliśmy tricyklem do przystani nad rzekę. 5 osób na tricyclu … i daliśmy radę! Nie wiemy nad jaką oprócz tego, że była szeroka, głęboka (dano nam kapoki), a brzegi były obrośnięte krzakami i wysokim drzewami. Pewnie były to mangrowce. Nie do końca wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać. Po około 15 minutach rejsu w ciemności, gdzie drogą oświetlały nam miliony gwiazd, zobaczyliśmy latające wokół nas i w dodatku świecące robaczki. Były ich tysiące. Czasami wyglądały jak spadające gwiazdy. Innym razem jak małe samolociki latające tuż obok nas. Łódki zatrzymywały się pod drzewami oblepionymi tysiącami świetlików. Nieskromnie, lekko na przyczepkę stanęliśmy koło takiego drzewa, ale efekt nie był imponujący. Jednak w ciągu kolejnych 30 minut na drzewie pojawiły się tysiące robaczków. Wszystko pulsowało jak na choince bożonarodzeniowej. Aby pobudzić insekty rytmicznie klaskaliśmy z naszą 3 osobową załogą. Szkoda tylko, że nie byliśmy w stanie tego udokumentować. Nasi marynarze co chwila łapali robaczki i dawali Magdzie.


Cały dzień wszyscy mówili nam, że najlepszym miejscem n kolację w Donsolu jest Baracuda. Ponieważ graniczyła z naszym ośrodkiem postanowiliśmy spróbować tam jedzenia. Nie więcej niż 10 stolików, wszystkie zajęte. Właścicielka, mocno wyzwolona filipinka w średnim wieku, ubrana w kuse spodenki z denimu, mówiąca z silnym amerykańskim akcentem zarządzająca barmanem niemową i 3 kucharzami, równie jak ona gadatliwymi. Nie było wydrukowanego menu, za to stała koło jednej z grup tablica, na której były wymienione 3 dania główne, 3 sałatki… i pewnie 40 rodzajów drinków. To już wydało nam się lekko podejrzane. Na nasze pytanie, co by polecała, powiedziała, że wszystko co ma z zamrażarki…hehehehe. Chodziło o to, że wszystko jest świeże, właśnie kupione od rybaków. Pokazała metalową miskę z owocami morza. I niezgrabnie przekładając, memląc, obmacując ryby tłumaczyła co jest co. Ponieważ nie załapaliśmy żartu dotyczącego świeżości od razu, pani roześmiała się lekko histerycznym śmiechem. Zanim udało nam się zwrócić uwagę tak aby do nas podeszła, przypełzło małe dziecko. Myśleliśmy, że to dziewczynka, a był to chłopiec o imieniu Julian, syn właścicielki. Trudno było ustalić wiek. Raz stwierdził, że ma 4 lata, za kilka minut, że 6, a potem powiedział, że 10. Chyba jednak miał 5 lat. Pierwszym pytaniem Juliana było, czy mamy iPhone4 (dlaczego nie po prostu iPhone), albo iPada, bo by sobie pograł. No i się zaczęło. Chłopiec wyrwał nam nasz sprzęt, dokonał przeglądu gier, ocenił, że są słabe, ale mimo wszystko nie chciał nam zwrócić naszej własności. Sytuacja zrobiła się lekko dramatyczna, ale wykorzystaliśmy moment składania zamówienia i stwierdziliśmy, ze mamy słabe baterie. Jeszcze dwa razy musieliśmy walczyć z Julianem, który atakował pozostałe grupki gości. Właścicielka podała nam kolację. Absolutnie bez zarzutu. Cudowne jedzenie! Po czym podeszła do nas z flaszką lokalnego brandy dwoma kieliszkami i próbowała postawić nam kielonka. My jednak, jacyś chyba byliśmy dla nie dziwni, powiedzieliśmy, że Margarita, którą nam wcześniej zaserwowała była pyszna ( skłamaliśmy) i alkoholu nam na dzisiaj wystarczy. Chętnie zjemy jakiś deser. Powiedziała, że musi iść do kuchni i obgadać sprawę z kucharzami, bo jej wszystkie mango ktoś zjadł. W tzw. międzyczasie strzeliła sobie 2 kielonki, zaciągnęła się znów jakimiś „papierosami”. Lekko chwiejnym krokiem, za kilka minut przyszła i szeptem teatralnym oznajmiła nam, że deseru nie ma. Znów powiedziała coś jeszcze, ale nie do końca zrozumieliśmy. Roześmiała się, poklepała nas po plecach, uścisnęła dłoń. Była nadzwyczaj pobudzona, może chciała nam zaproponować jointa? Nie, jednak nie, w rytmie cha-cha-cha podeszła do nas i lekko teatralnym ruchem rzuciła rachunek na stół. Potem podeszła do drugiego i zrobiła to samo. Tyle tylko, że wszystko jej się pomyliło, łącznie z numeracją dziesięciu stolików… wszystko naprawiła rytmicznie kręcą biodrami jive'a.

Fryzjer męski.



Wczoraj negocjowałem z naszą agentką inny powrót z Siqujor do Cebu. Powiedziałem, że jeśli „ona”, czyli agentka chciałaby mnie jeszcze kiedyś zobaczyć, to ja na pewno z Siquijor pięciogodzinnym promem nie wrócę. Tym bardziej, że z prognozy pogody wynikało, że może wiać. Nie wiedziałem czy rano, czy po południu, ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Udało się. Wracaliśmy do Cebu zupełnie inną trasą. Najpierw załapaliśmy się o 06:30 na prom do Ocelob. Tylko 2 godziny dużym promem cargo, który w sumie był pusty. Towarzyszyła nam tylko niewielka grupa innych pasażerów, którzy tak rano, podobnie jak my próbowali nieco się zdrzemnąć.

W przeciwieństwie do poprzedniej podróży, ten prom nie był wyposażony w plazmę, tylko w zwykły telewizor 25 calowy, tak więc marynarze w czasie całej drogi słuchali na pełen regulator (potencjometr 50) i chyba oglądali także lekko przysypiając 6 różnych telewizji śniadaniowych. Chyba nie były interesujące ponieważ je co chwilę przełączali. Morze było jednak spokojnie, podróż szybka dotarliśmy do Ocelob. Tam czekał na nas transport do Cebu.
Kierowca obiecał, że będziemy w Cebu na 11:00 i dotrzymał słowa. W sumie szkoda, bo pędził jak wariat, co ograniczyło w dość znaczny sposób nasze oglądanie wyspy. Zorientowaliśmy się tylko, że cały czas trasa biegnie nad morzem, jest pięknie, i że najważniejszym urządzeniem jest klakson, który czasami zasadnie, ale głównie niezasadnie był wykorzystywany.
Dojechaliśmy do Cebu. Mieliśmy ambitne plany zwiedzenia czegoś. Ale jak przeczytaliśmy na travelbit.pl i w innych miejscach co mamy do zobaczenia, to jednak nam się odechciało. Było pewnie ponad 33C i chodzenie gdzieś nie było racjonalne. W recepcji przypomniano nam o cudownej instytucji shopping malls na Filipinach i jej znaczeniu dla rozwoju kultury masowej. A masa w shopping mallu była istotna. Mimo tego, że była 12:00 sklepy, restauracje ( a to normalne, bo lunch), kawiarnie, przybytki naprawy i korekcji urody etc. były pełne klientów. W przeciwieństwie do naszych shopping mall-ów nie widzieliśmy młodych osób zwiedzających sklepy, raczej koncentrowali się na jedzeniu. Dziesiątki grupek ludzi wspólnie biesiadujących, rozmawiających, pijących ice cofce lub tea we wszystkich kilkudziesięciu knajpach. Tak jakby ich życie w danym momencie koncentrowało się właśnie na konsumpcji rozumianej nie tylko jako spożywanie posiłku, ale także jako celebrowanie pewnej pop kultury. Im bardziej amerykańsko wyglądające miejsce, tym więcej młodych ludzi wewnątrz: Starbucks, TGI, SteakHouse, Pizza Hut etc… były po prostu zalane młodzieżą. O 12, 13, 14, 15….do godziny 22. Osobliwe.

Postanowiłem spełnić jedno ze swoich licznych marzeń związanych z podróżami. Wybrałem się do fryzjera. Sprawa nie była prosta bo miałem przynajmniej 3 miejsca do wyboru. Na poziomie -1 był gabinecik w stylu „późny Gierek” z panem fryzjerem, co to może nawet pamięta czasy Ferdynanda Marcosa, na początku jego drogi. Widziałem jego efekt pracy. Australijczyk ostrzyżony na łyso. Dobra robota, ale nie tym razem. Magda nalegała, żebym może skorzystał z tej szansy, ale jakoś nie chciałem. Drugi gabinet był na 3 piętrze. Mocno reprezentacyjny. Jak wszedłem i zobaczyłem kilkunastu fryzjerów wystylizowanych na lata ’80 czyli a la Limahl mocno się zaniepokoiłem. Nie mógłbym mieć takiej fryzury z kilku powodów. Ujmijmy to tak, przede wszystkim nie wyobrażam sobie siebie w pasemkach blond z lekko podkreśloną linią brwi. Pozostał mi zakład na 4 piętrze. Tu była fabryka. Pomyślałem, że to dobrze, bo przynajmniej ktokolwiek do mnie się dorwie to ma spore doświadczenie. Zapisałem się na listę, byłem 76 tego dnia. Pani przeczytała moje imię i wydarła się krzycząc: czy ktoś chce obciąć Jacka (czytaj:dżaseka). Na początku nie było nikgo chętnego, ale po 2 minutach znalazł się Gorge, który pociągnął mnie za rękaw, zapytał się skąd jestem po czym wepchnął mnie na fotel. Próbowałem objaśnić w czym rzecz, ale pan wiedział. Robimy trimmowanie. W tym czasie w lustrze zobaczyłem, że wszyscy fryzjerzy wyglądają tak samo. Czarne kubraczki (takie lekko chińskie), blond włosy (czyli też ufarbowane) i maseczki na ustach, a w oczach błysk. Właściwie mój fryzjer nie był zainteresowany moimi wymaganiami, bo wiedział jak mi będzie lekkiej. Gdzie przyciąć, podciąć, wygolić, posmarować etc. Trudno mi było w ogóle z nim rozmawiać, ponieważ zabezpieczył moją szyję 3 warstwami. Najpierw papierowy kolnie, którym mnie prawie udusił, później gorący ręcznik nawilżony eukaliptusem, a na koniec gustowna pelerynka. Ok. może nie do końca gustowna, bo w panterkę, ale przynajmniej ciekawa. Inaczej niż u nas, pan fryzjer zaczął od wyrównywanie brzegów, podkreślając, że jego ulubione zajęcie to wyrównywanie włosów do ich naturalnej linii. Później dopiero zajął się faktycznym strzyżeniem. Na końcu wykonał numer popisowy, który pamiętam z lat 70, chociaż sam tego nie doświadczyłem. 10 minutowy masaż głowy. Warto było się pomęczyć.
Mimo że nie zwiedzaliśmy, nie podziwialiśmy, nie kąpaliśmy się miło spędziliśmy czas. Ale jeśli ktoś przeczyta tego posta i może dzięki temu ominąć Cebu to niech omija. Na Bohol można bezpośrednio dolecieć z Manili, z Siquijor można dojechać promem na Domaquette i stamtąd gdziekolwiek dalej. Omijajmy Cebu. Chyba, że ktoś jedzie na Mackalan. A to zupełnie inna sprawa. Czekam na kolejne dni.

poniedziałek, 21 marca 2011

Kobieta bez pulsu




Ostatni pełen dzień pobytu na wyspie Siquijor zapowiadał się wyjątkowo intensywnie. Jakoś tak jest, że jak wiadomo, że za 24 godzin będziemy się gdzieś przenosić, to się człowiek mobilizuje się i to podwójnie, żeby każdą minutę wykorzystać maksymalnie.
Był jednak mały problem, jesteśmy już po 3 nocy niewyspanej, bo Fiesta w naszej wsi trwa. Dzisiaj królowały przeboje Rhianny, chociaż muszę przyznać, że artyści mieli dość bogaty repertuar. Znów wystarczyło im siły na śpiewanie do 06:00 nad ranem. Jak jedliśmy śniadanie, to kilkanaście osób miało okulary słoneczne na nosach, podejrzewamy, że nie tylko z powodu intensywnego słońca. Dopożyczyliśmy sprzęt do snorkelowania i w pełnym rynsztunku przez kolejne 3 godziny eksplorowaliśmy wybrzeże. Na razie nie mamy odpowiedniego sprzętu do fotografowania, ale jak tylko się pojawi postaram się umieścić zdjęcia dokumentujące nasze wyczyny. Było przepięknie, kolorowo, spokojnie.



Sama przyjemność. Woda niestety nie była zbyt ciepła, więc od czasu do czasu trzeba było zagrzać się w pełnym słońcu. Po lunchu okazało się, że dzisiaj jest pełnia księżyca tak więc plan drugiego wejścia się nie udał bo był zbyt duży odpływ. To było spore rozczarowanie, ale czekamy na kolejne dni, które powinny dać szansę jeszcze nie raz zanurzyć się w morzu.


Znamy naszą wieś, więc postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę po okolicy. Zorganizowaliśmy tricycla, czyli motor z dobudówką i ruszyliśmy w stronę Lazi, trzeciej największej wsi na naszej wyspie. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu, ale i tak pozwoliło to nam co nieco zobaczyć. Pierwszym przystankiem była oczywiście stancja benzynowa, czyli jak wcześniej pisałem, kiosk z benzyną w dwulitrowych butelkach. Po 78PPH, czyli ok. 6 złotych za 2 litry. Jak na tutejsze warunki całkiem sporo. Właściciel stacji zbyt nami się nie przejął, bo akurat z kolegami rozgrywał niedzielną partyjkę, tak więc nasz motocyklista sam się obsłużył.
Po drodze zatrzymaliśmy się przy, jak to nasz przewodnik powiedział, największym drzewie na wyspie. Dopiero jak podeszliśmy bliżej to zorientowaliśmy się, ze wokół niego odbywa się niezła imprezka.

Młodzieńcy w wieku różnym raczyli się lokalnym napitkiem, czyli winem z kokosu. Ze wstępnych ustaleń wynikało, że alkohol może mieć nawet 40%, ale nie dam sobie za to ręki uciąć. Według mnie, to miało poniżej 20%, ale dla nich i tak to było sporo. Z miłości do Polski niektórzy nawet się wykąpali w rzece podmywającej drzewo. Nam natomiast zaproponowali przejście pod drzewem szczęścia, informując przy tym, że na końcu drogi jest pudełko-skarbonka. Jak tylko próbowałem wrzucić kilka peso wszyscy, jak jeden mąż zawyli i ostatecznie ubłagali, żeby wspomóc ich, bo drzewo i tak urośnie, a im alkoholu zabraknie. Lekki szantaż z naszej strony zakończył się zdjęciem pijaniusieńkiej ekipy.
W Lazi główną atrakcją jest kościół św. Franciszka z Asyżu. Jak do niego dotarliśmy był już zamknięty. Motocyklista „załatwił” jednak, że starsza pani, jak rozumiem pracująca na plebanii, otworzyła nam jego drzwi. Ponownie wrażenie zrobił na nas stan tego kościoła. Mocno zielony wewnątrz (algi) z drewnianymi podłogami i blaszanym dachem.




Panował tam potworny upał mimo tego, ze było już po szóstej wieczorem. Głównym budulcem były wydobyte z morza koralowce i muszle, niewiele kamienia, wszystko spojone lekkim cementem. Aż trudno uwierzyć, że to się wszystko trzyma od ponad 230 lat! Park wokół kościoła był pięknie zagospodarowany. Nie było tam cmentarza, ale tylko ołtarz polowy otulony ogromnym drzewem. To było imponujące, ponieważ korona jego była tak rozłożysta, że idealnie ocieniała kilkanaście rzędów betonowych ławeczek sponsorowanych przez tutejszych bogaczy. Pani z plebanii zabrała nas jeszcze do konwentu, żebyśmy mogli zobaczyć 2 szkoły i przedszkole prowadzone na terenie parafii. Po drodze spotkaliśmy jeszcze tutejszego proboszcza, który przywitał nas z okrzykiem: Polska – Jan Paweł II. Babcia wykorzystała moment w którym nikogo koło nas nie było. Szarpnęła mnie za rękę. Bałem się. Przysunęła się bliżej i szeptem powiedziała: nie mam pulsu. Myślałem, że zasłabła i trzeba będzie skorzystać z naszej podręcznej apteczki. Kontynuowała mówiąc jeszcze ciszej: czy spotkałeś kiedyś w swoim życiu kogoś takiego niezwykłego jak ja? Nie wiedziałem co powiedzieć. Babuleńka miała pewnie ze 100 lat, od 40 lat pracowała na plebanii, nie dostawała żadnego wynagrodzenia. Była na swój niezwykła. Miała pewnie 140 cm wzrostu tylko. Odpowiedziałem od razu, że nie, nie spotkałem. Nalegała: wyczuj mój puls, dotknij mnie mocniej. Zrobiło mi się gorąco. Magda była w innej części konwentu. Motocyklista też. Po raz trzeci wzięła moją rękę, przytykając do nadgarstka, i powiedziała, tym razem już stanowczym głosem, jak nigdy w życiu nie spotkałeś kogoś bez pulsu, to proszę daj 100 peso, bo ja pensji nie mam. I cóż tu zrobić. Zastraszany przez babcię dałem żądaną sumę. Z lekkim niedowierzaniem. Nie tylko dlatego, że spotkałem kobietę bez pulsu, ale także z jaką łatwością zostałem nieco oskubany.



We wsi poszliśmy jeszcze na colę. Piszę o tym, bo nasz motocyklista miał ochotę na piwo. Jak okazało się, że w restauracji nie ma alkoholu to się nieco rozczarował. Pijesz nie jedź, chyba tutaj nie działa. Przeprowadziłem jednak pogadankę o chorobach alkoholowych i konieczności jazdy w trzeźwości. Nie mam tylko pewności, czy wioząc nas pan nie miał już lekko „w czubie”. Magdę napadła młoda rodzinka, która zapragnęła mieć zdjęcie. Jej życzenie zostało spełnione w różnych konfiguracjach. Zastanawia mnie tylko po co im ich zdjęcie w naszym telefonie i na naszym blogu?
Atrakcją wieczory miały być występy ludowe tzw. szoł kulturalne przygotowane przez pracowników resortu. Przyznajemy, że było świetnie. Na początku każdy z gości (38 domków, jedne mniejsze inne większe, rodzinne), pewnie ok. 100 osób zostało osobiście, ze sceny przywitanych po imieniu przez panią General Manager. Może nie byłoby to niczym specjalnym, gdyby nie fakt, że pani znała wszystkie imiona na pamięć (nawet nie wspomagała się żadną małą ściągą), wymawiała bezbłędnie i ko każdej parze lub grupie powiedziała 1-2 zdania. My wystąpiliśmy jako „lovely coupe from Poland” i otrzymaliśmy gromkie brawa. Szoł poprzedzony był kolacją. Jak na urlopie TUI:), ale w całkiem dobrym stylu.


Pracownicy FANTASTYCZNIE śpiewali i bardzo dobrze tańczyli. My zakończyliśmy imprezkę dość wcześnie, ale inni około drugiej w nocy. Może by nam to nie przeszkadzało, gdyby nie drobny szczegół. Wyjątkowo w tym roku fiesta w naszej wsi została przedłużona o jeden dzień. I zamiast skończyć się w nocy z soboty na niedzielę, skończyła się w nad ranem w poniedziałek. Ze względu na sztorm (także sobotę!) nie dojechał zakontraktowany artysta – gwiazda. Dojechał w niedzielę i śpiewał do 03:55 w poniedziałek. My wstaliśmy o 04:30. Jak zwykle niewyspani.