wtorek, 29 marca 2011

Niemoc twórcza a monitor your squid


Siedzimy na lotnisku w Corona i naszła mnie … niemoc twórcza. 17 dni pisania dzień w dzień daje o sobie znać. Niełatwo jest się zmusić i pisać. Czuję się, jakbym musiał wyrobić wierszówkę. Nie jest łatwo. Siedzimy, jak wspomniałem, na lotnisku. Ale, nie jest to takie jakieś tam zwykłe lotnisko. To lotnisko jest wyrazem przyjaźni jaka łączy narody Filipiński i Koreański. Chyba ten południowy. Każdy Koreańczyk, który przychodzi na to lotnisko robi sobie zdjęcie pod pomnikiem/tablicą umieszczoną przed terminalem. Jest to chyba jedyne lotnisko, które odwiedziliśmy dotychczas, otwierane na 1,5 godziny przed odlotem samolotu. U sumie, nie powinno mnie to dziwić, gdyby nie drobne sprawy. Przed miniaturowym terminalem staliśmy w kolejce kilkudziesięciu osób. Nie pisze celowo kilkuset, bo całe wesołe towarzystwo czeka na 2 samoloty Cebu Pacifi Air i Air Philippines Express. Pewnie jest nas ze 120 osób, maksymalnie. Otworzono wrota terminala. Już, już chcemy wchodzić, a tu okazuje się, że nie można. Najpierw Koreańczycy będą przechodzić przez bramki bezpieczeństwa. Ostatecznie je ufundowali, pomyślałem. Ale zaraz, zaraz, jakie bramki bezpieczeństwa. Tutaj bramką jest pan, który wkłada rękę głęboko w plecak i równie głęboko patrzy w oczy pytając się: jest coś, czego tu ni powinno być, czy nie. Psycholog, pomyślałem. Ten pan okazał się również strażnikiem przyrody, bo pyta każdego o mango. Żółte mango, oczywiście. Wyobraźcie sobie, że każdemu rekwiruje takie cudownie dojrzałe i pachnące mango. Gdyby mi się coś takiego przydarzyło, albo bym się popłakał, albo też wyjąłbym nożyk i obrał w tradycyjny sposób. Ten tradycyjny sposób to rozkrojenie mango wokół pestki, w wyniku czego powstają dwie łódeczki, a następnie wewnątrz nich zrobienie kratki. Na koniec wywija się mango skórką do dołu, a nacięcia tworzą jakby jeżyka. Przepraszam, że zboczyłem z tematu, ale teraz jak kupię mango w Lidl-u (najlepsze, absolutnie, Tesco się nie umywa!) to wiem jak podziałać na nie.
Jak już nas odprawiono, to czekała na nas kolejna niespodzianka. Znów nam policzyli nadbagaż, ale zeszliśmy z 6 kg na 3. I wiecie co, nie ma zmiłuj się. Nawet dramatyczna próba podjęcia negocjacji spełzła na niczym. Idziemy na kawę i czekamy na samolot. Mamy nową strategie wygrania w konkursie na pokładzie, ale nie zdradzę, póki się nie sprawdzi. Po co inni mają mieć łatwiej. Mamy nadzieje, że w Manili będzie fajnie i oprócz największego centrum handlowego na świecie uda nam się coś zobaczyć. Tu faktycznie nie ma zabytków, więc może być lekki problem. Oglądania natury w Manili nie planujemy. Jest plan, że gdyby były takie autobusy jak w Londynie, to byśmy raz w życiu do niego wsiedli i na górnym deku oglądalibyśmy miasto. Nie wiemy jednak czy w ogóle są.



Wczorajszy dzień to był ostatni 3 dzień naszej podróży z Rodelllem i Ewinem. Panowie od samego rana zaskakiwali nas miłymi niespodziankami. My ich także. Wstaliśmy pierwsi, przywitaliśmy słońce. Nawet wyspaliśmy się na tych pryczkach na plaży. Tylko ja w nocy budziłem się kilka razy, bo bałem się że spadnę (było dość wąsko) na kawałek skały. Już kolejnych drobnych obrażeń mi nie potrzeba.

Panowie usmażyli dla nas naleśniki. Pewnie było ich 8. Takie typowe amerykańskie pancakes, wiec były okrąglutkie (jak on to zrobili na naszej łajbie) i puszyste. Niebo w gębie, można by powiedzieć. Smakowały nieziemsko polane syropem klonowym. Tylko herbaty brak! Znów nie było zmiłuj się o 07:45 byliśmy już w wodzie i oglądaliśmy okoliczne rafy. Co tam będę się wymądrzać, wokół plaży 91 na której spaliśmy było cudownie pięknie.


Kapitan zabrał nas na oglądanie kilku lagun. Zjawisko wymiany słodkiej ze słoną wodą odczuliśmy na sobie dość dobrze, bo co chwilę, jak pływaliśmy po dość dużej powierzchni woda mętniała i nie zawsze było coś widać. Pobiliśmy także własny rekord, o czym dowiedzieliśmy się już na łodzi. Jedno z wewnętrznych jezior, miało głębokość ponad 60 metrów! Dobrze, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, bo byłby to dla nas lekko stres. Pływanie w lagunie polegało przede wszystkim na eksplorowaniu tego co było wokół niej, czyli ogromnych skał z niesamowicie głębokimi pęknięciami. W chwilach dobrej widoczności wyglądało to jak oglądanie. Od razu skojarzył nam się wspaniały film z lat osiemdziesiątych pod tytułem „Błękitna laguna”, który oglądałem wielokrotnie dzięki uprzejmości przyjaciela, którego tato był marynarzem. Myślę, że skojarzenie było jak najbardziej na miejscu. Było niebiesko, mało ludzi wokół nad, niesamowite krajobrazy. O ile pamiętam jakieś sekwencje filmu (zupełnie nie pamiętam o co chodziło) to była tam aktorka z długimi włosami i aktor blondynek jak anioł. Było też jakieś dziecko. O, tak, tak właśnie, tak wyglądaliśmy, jak oni. W moim przypadku lekko nie zgadzały się kręcone blond włosy, a w Magdy ich długość. Reszta była zupełnie taka sama. Przegonili nas po tych lagunach nieźle, a potem zaczęli znów karmić. Ciekawe, że koledzy nie serwowali tych rybek co to sobie z Magdą złowili, ale inne.



Po ostatnim snorkelowaniu już przy samym Coron, które nie było aż tak atrakcyjne, jak poprzednie rozstaliśmy się z Rodellem i Edwinem. Super chłopaki, świetna zabawa, niezwykłe przeżycia, naprawdę „highlight” całej podróży. Na koniec puściliśmy na cały regulator kilka piosenek Lady Gaga i Black Eyed Peas (teraz tu modna jest przeróbka Dirty Dancig) wszyscy odtańczyliśmy sobie pożegnalny taniec wzbudzając zazdrość innych załóg w porcie i się serdecznie pożegnaliśmy.
Teraz czas wracać do cywilizacji. Postanowiliśmy to robić stopniowo. Z portu w Coron pojechaliśmy do oddalonego o 20 minut jazdy busem hotelu w Busuanga. I tu miłe zaskoczenie, bo hotel to małe idealnie czyste, prawie wymuskane domki. Duże łoża, czysta pościel! Bosko, pomyśleliśmy. Do momentu, gdy okazało się, że jesteśmy jedynymi gośćmi i właściwie to ingerujemy w spokój obsługi. Hotel umieszczony jest w lesie tropikalnym, w miejscu dla nurków zupełnie nieatrakcyjnym, co powoduje, że mimo swoich licznych zalet nie ma tam nikogo. Obsługa lekko ospała i niezadowolona (pierwszy raz na Filipinach), kolacja koszmarna, śniadanie musieliśmy zamówić do 19:00 dnia poprzedniego. Ale przynajmniej się wyspaliśmy i w godnych warunkach przygotowaliśmy na Manilę i ostatni dzień w Hong Kongu.


A z rejsu wokół wysp Coron zapamiętamy dodatkowo takie zdanie, które chodzi za nami od 2 dni. Brzmi ono dość surrealistycznie: ”monitor your squid”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza : „uważaj na swojego kalmara” i wypowiadane było za każdym razem jak wyciągaliśmy nasze sprytne wędki przy łowieniu. Ja zawsze uważałem, żeby nabić nowego na haczyk i nakarmić rybki. Magda była bardziej pazerna i wyciągała kalmary z rybkami.
Jesteśmy w Manili.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz